Wyrosłem w głębi olbrzymiego lasu
Listowie co dnia kąpałem w szczerym złocie
Wiatr mnie uginał ach wiatr mnie kołysał
A z ramion moich drogocenny zwisał
Płaszcz żywych liści
Ja miałem ręce ja miałem ramiona
Rano gdym wstawał z mgieł nocnej zadumy
Szły z mego łona rozmarzone szumy
I wszystkie ze mną budziły się drzewa
A każdy bije do ziemi pokłony
Wypoczętymi gałęźmi ramiony
I wnet się wszystkie drzewa rozgadały
A utęsknione te nasze hejnały szły szły
I rozpędzały ich sny (…)
Aż przyszedł kres…
Słuchajcie bólu mojego:
Aż przyszło do mnie trzech drwali
Coś ze sobą gadali jakom jest mocny i prosty
I przyszło do mnie trzech drwali
I ci mnie zamordowali
Ostrzone mieli topory
I skórę ze mnie złupili i bili i bili i bili
Aż łzy wytrysły z mej kory
I zawył przeciągle mój korzeń
Pień głucho zastękał pod ciosem
I runął całym kolosem na ziem
O wiem o wiem on nie mógł znieść upokorzeń
I przyszli do mnie trzej cieśli,
I ci mnie z trudem ponieśli:
Dwóch z przodu a jeden z tyłu jak trupa,
Tak mnie gdzieś nieśli.
A potem czułem, jak cieśle
ręce mi precz odciosali,
I czułem, że Bóg na mnie ześle,
sromotę gorszą niż śmierć.
A cieśle (chcieli zarobić)
Na poprzek mojego trupa
Kładli zrąbaną mą rękę
I przygwoździli ćwiekami.
Znam, znam tę człowieczą mękę —
Przybili mnie w poprzek ćwiekami,
Podnieśli mnie prosto wzwyż:
Ludzka krew mnie poplami,
To Cieśli syn będzie, Cieśli!
Cieśle mnie w górę podnieśli,
Abym był Krzyż!
Niosą mnie, niosą i niosą,
I widzę z głów ludzkich las,
Tylko że las ten szalony
Stubarwny jest, nie – zielony,
I krzyczy, i woła: „Już czas! …
I niosą mnie, niosą i niosą –
Poznaję: On stoi tam boso
I czeka –
A twarz i oczy, i ręce
Wzniesione w niemej udręce
Były jak u człowieka.
A ciężki byłem, choć trup,
I trzech mnie niosło z mozołem,
Jednak ów, z bladym czołem
Co później na mnie zastygnął,
Sam mnie podźwignął.
I niósł mnie na górę wysoką,
I trzykroć upadał pode mną,
I łzami zaszło Mu oko,
Kiedy Mu nikt nie chciał pomóc.
A potem stało się ciemno.
Słuchajcie bólu mojego!
Na szczycie
Wbili mnie oni do ziemi!
Z ramiony rozpostartemi –
Jednym w prawo, a drugim w lewo –
Stałem ja, wielki trup – drzewo.
Stałem jak ognisty słup,
A na mym trupie rozpięty był trup!
Chciałem zakrzyczeć ze wstydu:
To memu ciału ubliża!
To memu sercu ubliża!
(Bo drzewo ma serce)
Zdjąć Go z krzyża!
Alem był trup.
Lecz w lesie mym, macierzystym,
Ozwały się zaraz chórem wszystkie drzewa,
A w lesie wielki wichr, wielka ulewa.
Jęczały siostry: lipy, wyli bracia buki,
Klony, graby, jesiony… Na gałęziach kruki…
Zapłakały wierzby, zaszlochały jodły,
A sosenki maluteńkie kwileniem zawiodły,
Aż na całej ziemi wszystkie bory, lasy
Zatrzęsły się szumem płaczu, co po wszystkie czasy.
Głosił mą hańbę:
– To naszym ciałom ubliża!
– To naszym sercom ubliża!
– Zdjąć Go z krzyża! Zdjąć Go z krzyża!
– To naszym rękom ubliża!
– Nie będzie On krzyżowany!
– Zdjąć Go z krzyża! Zdjąć Go z krzyża! …

Zasię On wszystkie już wytrzymał rany,
A oni dobrze wbijali weń ćwieki –
W niego i we mnie.
I gromy biły, a huk był daleki.
I tak zastygał na mym martwym łonie,
A matka Jego w krwi maczała dłonie,
Co strugą po mnie ściekała.
O Matko! My oboje wiemy,
Co znaczy nosić Go: Tyś Go nosiła
W żywocie Swoim, zanim się narodził,
A jam Go nosił na śmierć.
Potem Go zdjęto ze mnie, a był blady
I zimny bardzo. Boleściwa Matka
Była tuż przy nim, była do ostatka,
I w białe, tkliwe złożyła Go chusty,
I długo bełkotała coś niemymi usty.
Ja stałem pusty!
Słuchajcie bólu mojego:
Nazajutrz, nazajutrz rano
Precz mnie z tej góry zabrano
I gdzieś za miastem ciśnięto.
Ja – drzewo, drzewo skrwawione,
Gniję od lat w głębi ziemi,
A ta ziemia jest święta!
I zgniłem.
A On zmartwychwstał –
Mówi wieść.
Józef Wittlin

Jerzy Binkowski – Urodził się w 1949r. w Gdyni. Ukończył studia filozoficzno-psychologiczne w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Dyplomem reżyserskim ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Pracował głównie z młodzieżą – poradnictwo i teatr. Mieszka od 40 lat w Białymstoku. Należy do warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.